środa, 25 lutego 2015

Babcia

Babcia na lotnisku jest od czasów, gdy rezerwacji dokonywało się faksem, czyli od zawsze. I pewnie będzie jeszcze pracować długo po tym, jak mnie wywalą. Łączy nas miłość do kawy, a dzieli niechęć do awantur. To znaczy Babcia krzykaczy ignoruje, a ja wręcz zapraszam do konfrontacji.
Wpadam lekkim truchtem spóźnialskiego do terminalu i widzę przy biurku parkę, która dziarsko nadziera się na Babcię. Otwieram ze zdumieniem oczy, bo milczenie Pani Zosi, gdyż tak oficjalnie zwracam się do Babci, potrafi kojąco wpłynąć na każdego furiata, więc ci przy biurku muszą mieć niezłe ciśnienie. Pękaty facet około pięćdziesiątki, który przypomina posturą dzika, z tym, że zamiast kłów ma sumiaste wąsy i jego pokaźnych rozmiarów locha z trwałą, której żaden pustynny egipski wiatr nie ruszy.
Wytrząsam do kubka ostatnie kawowe paprochy z wymiętej tytki, wdziewam firmowe ubranko i z zainteresowaniem przysłuchuję się wrzaskom, bezczelnie przy tym gapiąc się na ewidentnie wkurzoną parkę. Zanosi się na udany początek dnia.
- Powtarzam Pani, że biuro nie poinformowało nas o konieczności posiadania ważnego paszportu! – facet drze już na całe lotnisko, locha szlocha spazmatycznie, a Babcia spokojnie stuka placem w zgłoszenie rezerwacji, gdzie pod informacją o przepisach wjazdowych do Egiptu, widnieje zamaszysty podpis. Że też musiałem się spóźnić....
- Gó...no mnie obchodzi co podpisałem! To nasz wyjazd na trzydziestą rocznicę! Żona ma się znaleźć w tym samolocie i koniec! Jej siostra pracuje w biurze podróży, więc wie lepiej od Pani jakie dokumenty są wymagane! - Babcia ignoruje dzikowy stek bzdur poparty groźnymi ruchami wąsów i ze współczuciem przygląda się płaczącej kobiecie. Jestem już w temacie i zaczynam kombinować jakby się tu wtrącić w dyskusję, bo spacyfikowanie takiego głupola to rzadki rarytas.
- Siostra posiada ważny paszport? - siła spokoju Pani Zosi sprawia, że postanawiam siedzieć cicho i przyczajony oczekiwać na dalszy rozwój wydarzeń. Zapłakana kobita kiwa potakująco głową.
- Ze szwagierką mam jechać?! - facet piekli się i wymachuje grubymi łapami.
- A siostra jest podobna do Pani? – Babcia kompletnie nie zwraca uwagi na furiata. Kobitka przełykając łzy znowu potakuje. Czuję mrowienie w żołądku...
- Jeżeli siostra pojawi się w ciągu czterdziestu minut z paszportem, to za opłatą dwustu złotych zamienimy uczestnika – siła spokoju pani Zosi sprawia, że dzik przestaje krzyczeć i tępo patrzy na żonę, która z kolei wpatruje się załzawionymi oczami we mnie, jakby szukając potwierdzenia, iż kiełkujący w głowie Babci plan ma jakiekolwiek szanse powodzenia.
- Siostra nada bagaż i uzyska kartę pokładową, ale na to kto podejdzie do kontroli paszportowej nie mamy już wpływu – mówię najspokojniej jak potrafię i zastanawiam się, czy czasami Babcia nie postanowiła właśnie dzisiaj odejść z hukiem na emeryturę. Tylko czemu chce mnie zabrać ze sobą?
- Od nas tego oczywiście Państwo nie usłyszeli – dopowiadam stanowczo i czuję, że mrowienie zamienia się skurcz żołądka.
Siostra pojawia się z paszportem po trzydziestu minutach i Babcia z kamienną twarzą dokonuje formalności. W napięciu obserwujemy jak nadają bagaż, a później przechodzą do hali odlotów. Po chwili rozpoczyna się boarding samolotu.
- Zosiu poje..ło cię na starość? - pytam retorycznie przechodząc bezwiednie na ty, bo z hali odlotów wynurza się zielona postać strażnika granicznego, który wolnym krokiem zmierza w naszym kierunku.
- Pamiętaj idziemy w zaparte! - Babcia chyba też ma pełno w porach.
- Wy, w tych biurach to się naoglądacie dziwolągów. Babka leci z mężem do Egiptu i zamiast się cieszyć to ryczy jak głupia! Co za ludzie! - wopista kręci głową i patrzy na nas ze zdumieniem czując na twarzy nasz wielki oddech ulgi...

środa, 18 lutego 2015

Wylot z Poznania

- Kur..a! Znowu wszystko brudne! - Kisia jest dzisiaj w wyjątkowo paskudnym humorze. Stuka głośno naczyniami przerzucając stertę brudów w poszukiwaniu jednego czystego kubka. Przy okazji toczy wokół zaczepnym wzrokiem szukając winnego, na którym mogłaby wyładować ewidentnie męczące ją napięcie. Przezornie siedzę cicho, ściskając dłońmi wielki kubas z parującą kawą. Problem braku umytych kubków rozwiązałem już dawno. Stosuję "wieczną dolewkę z dosypką", czyli używam wciąż tego samego naczynia i tylko dolewam wody oraz dosypuję kawy. Jak fusy zajmują więcej niż jedną trzecią objętości to wysypuję cały bajzel do śmietnika i zaczynam zabawę od nowa. Ścianki są trochę czarne, ale ma to taką zaletę, że czasami nawet kawy nie trzeba dosypywać. Wystarczy zalać wrzątkiem a aromat jest niczym po dwóch dużych łyżeczkach. Nawet widziałem, że ktoś ostatnio robił mojemu kubkowi zdjęcie, ale na picie nie ma odważnych i nikt mi go nie podkrada.
- Czy ktoś może mi powiedzieć co to za bałagan tu macie?! - donośny głos należy do tęgiej pani w wieku, o którym Gruby mówi, że "już bliżej niż dalej". Kisia przerywa szukanie kubka, przeszywa kobietę nienawistnym spojrzeniem i nabiera w płuca powietrza do ciętej riposty.
- Ten bałagan to taki nasz swojski polski. W czym możemy pomóc? - ubiegam kumpelę, która właśnie szykowała się do odpalenia katiuszy w kierunku pasażerki. Baba wygląda na niezłą krzykaczkę, więc próbuję zbić ją z tropu żartem zanim rozpęta się awantura
- Pan sobie jaj nie robi!Dlaczego nie ma nas na liście?! - kobieta taksuje mnie pogardliwym spojrzeniem i wskazuje ręką na starszego pana z dwójką dzieci. Ani chybi dziadki lecą z wnuczkami. Pewnie kupili na last minute i jakiś ciul w centrali zapomniał uaktualnić listy.
- Dwadzieścia tysięcy zapłaciłam, wakacje kupowane z półrocznym wyprzedzeniem, a Pan tu wzdycha! Do roboty się weźcie, bo wiecznie tu nie będę stała! – wnuczki do spółki z dziadkiem aż podskoczyły. Babcia miała niezłą parę w płucach, a mi włączył się w głowie ostrzegawczy dzwonek
- Poproszę o potwierdzenie rezerwacji – wyjątkowo nie miałem ochoty na awanturę, a baba wyglądała na gotową wyładować ewentualna porażkę w pyskówce na zastraszonym mężu. Kobieta potrząsnęła zbulwersowana ufryzowaną głową i głośno sapiąc rzuciła w moim kierunku umową wyjazdu. Ze złośliwie wolnym namaszczeniem zacząłem studiować rzucony mi papier. Cyfra była konkretna, bo dwadzieścia koła za rodzinę, na tydzień na Teneryfie to nie przelewki.
- Czy to Pani podpis? – zapytałem słodko stukając palcem w bohomaza na dole strony.
- No a czyj ma być?Na pewno nie Pana! - baba zmierzyła wzrokiem moją postać w lekko wyblakłej koszuli. W normalnych okolicznościach ta pogarda w głosie trochę by mnie zabolała.
- Chciałbym ustalić tylko czy to Pani osobiście podpisała umowę rezerwacji – byłem jak tłusty, uśmiechnięty pączuszek, a słodziutki lukier wręcz wylewał się ze mnie.
- Tak, własnoręcznie! – fuknęło babsko.
- Według umowy wylatują Państwo z Gdańska, a nie z Poznania, przy czym nasz lot jest już pełen, a Gdańsk wyleciał rano – z pączka zmieniłem się we wrednie uśmiechniętego trola i postukałem palcem w linijkę z trasą przelotu.
- To niemożliwe!! – babiszon zawył histerycznie i wyrwał mi kartkę z ręki. Czytając kolejne linikji kobita na przemian bladła i zieleniała.
- Proszę przełożyć mi wakacje o tydzień!– zadysponowała wciąż władczym, aczkolwiek już lekko trzęsącym się głosem.
- To wiąże się z anulacją obecnej rezerwacji i wykupem nowej – starałem się nie uśmiechać.
- Ale nic się nie da zrobić? - wielka szefowa zamieniła się w małą płaczkę.
- Dolot na Teneryfę we własnym zakresie. Koszt biletu na jutro, z Berlina to około 1400 złotych za osobę.
- Chyba Pan zwariował?! - histeria była już bardzo bardzo blisko.
Rozłożyłem ręce chcąc zachować pozory współczucia.
- O znalazł się! - Kisia przerwała milczenie, które zawisło w powietrzu jak ciężka siekiera
- Co się znalazło?! – kobita warknęła.
- A nic.... kubka czystego szukałam – Kisia uśmiechnęła się promiennie.

środa, 11 lutego 2015

Voucher

- Info!Info! Daj już komunikat, niech paxy spadają na "odloty" – Gruby uśmiecha się obleśnie mrucząc konspiracyjnie przez radio. Po chwili z lotniskowych głośników płynie melodyjny głos Anki, zachęcający podróżujących do Hurghady, aby przechodzili do hali odlotów. Niczym rosiczka wabiąca muchy zapachem, radiowy głos dziewczyny wciąga niczego nieświadomych pasażerów w ciasną i duszną pułapkę, jaką jest nasza malutka hala odlotów. Brązowe oczy Praktykantki robią się ze zdumienia wielkie jak talerzyki i przypominają mi, że jest już jedenasta wieczór i bez wielkiej czarnej kawy nie podołam kolejnej nocce na lotnisku.
- Przecież samolot jest opóźniony o sześć godzin?! Co pasażerowie będą tam robić tyle czasu?! - dziewczyna, studentka drugiego roku turystyki, jest ewidentnie zbulwersowana naszymi niecnymi praktykami.
- Ważne co my będziemy robić! - rechoczemy obaj jak dwa złośliwe gnomy.
- Potwierdzonego opóźnienia mamy trzy godziny. To, że my wiemy, że skończy się na sześciu to już inna sprawa. Dopóki linia lotnicza nie przyśle info, to nic nie możemy zrobić. Z resztą lotnisko to nie miejsce dla altruistów – Gruby kręci z politowaniem wielką łysą głową. Praktykanta marszczy z niedowierzaniem brwi i przygląda się nam z obrzydzeniem.
- Drzeć się będą tak czy siak, więc lepiej niech wyżywają się na Straży Granicznej. Dodatkowo w hali odlotów jest więcej sklepów, gdzie mogą kupować za vouchery – biorę kolegę w obronę i pośpiesznie dorabiam teorię do naszego, rzucającego się jak widać w oczy, totalnego braku empatii.
- No właśnie! A my tymczasem w spokoju opierdzielimy kolację – Gruby macha z radością czterema voucherami, które ściska w wielkiej łapie. Przeżył zbyt wiele na lotnisku, by czuć się winnym z powodu braku współczucia dla pasażerów.
- Jesteście nieludzcy! Nie będę z wami niczego jadła! - dziewczyna wygląda na gotową bronić swoich ideałów, nawet za cenę siedzenia na nocnej zmianie o suchym pysku.
- Państwo tu chyba o jedzeniu rozmawiają, a ja w tej sprawie – do naszego stanowiska podszedł zasuszony okularnik, który położył przed nami swoją kartę pokładową i piskliwym głosikiem przerwał dyskusję nieuchronnie zmierzającą w kierunku ideologicznego sporu.
- Restauracja jest na piętrze – Gruby bezceremonialnie przystąpił do spławiania gościa. Zbliżała się dwunasta. Za chwilę mieli zamknąć nam bar z kanapkami, więc zanosiło się na krótką rozmowę.
- Nie otrzymałem voucherów należnych nam z racji opóźnienia wylotu do Egiptu – facet przypominał naukowca i mimo piskliwego tonu oraz mizernych gabarytów wyglądał na upierdliwca. Podróżował z rodziną i znajomymi. Wzywaliśmy ich z dziesięć razy przez głośniki, zanim uzyskali zaszczytny tytuł sponsorów naszej kolacji.
- Vouchery wydawane były na stanowiskach 13 i 14, a według listy, którą mam przed sobą, odebrali je wszyscy podróżni. Czy to Pana podpis? – Gruby z tupetem średniowiecznego tarana podsunął okularnikowi listę pomazaną parafkami odbierających kupony żywieniowe pasażerów.
- No tak, wygląda na mój..., eee... ale ja nie odbierałem - facet podejrzliwie przyglądał się bohomazowi, który osobiście złożyłem na liście półgodziny temu, kompletując papierologię do naszej późnej kanapkowej uczty. Gruby nie zastanawiając się nad możliwymi skutkami szedł za ciosem...
- W taki razie pewnie żona lub znajomi odebrali i Panu nic nie powiedzieli. Takie teraz czasy, każdy kombinuje na boku – z machiny oblężniczej zamienił się w topniejącą górę lodową i teraz ze współczuciem przyglądał się zaskoczonemu pasażerowi.
- Zaraz powie, że wzięli za dużo i zażąda zwrotu – pomyślałem, podziwiając w duchu bezczelność kolegi.
Przypadkiem musiało trafić w czuły punkt, bo okularnik uśmiechnął się z rezygnacją i smutno pokiwał głową.
- Proszę się nie martwić! Zawsze mamy parę dodatkowych! – zdecydowany głos Praktykantki wyrwał nas z prawie szczerej zadumy nad losem tego nieszczęśnika.
- Proszę – dziewczyna wyciągnęła cztery vouchery, które przemyślnie ukryłem pod kubkiem z kawą. Okularnik kościstą ręką chwycił papierowe świstki i dziękując po stokroć, odszedł rozpromieniony. Gruby wolnym ruchem starł krople potu, które nagle wyszły mu na czoło, nabrał powietrza w płuca i z namysłem odwrócił się w stronę zdrajczyni.. Praktykanta wskazała ręką na spuszczoną witrynę baru.
- Zamykali w momencie jak ten facet do nas podszedł i tak nic już nie moglibyście kupić – patrzyła odważnie na szykującego się do ataku Grubego, który z siłą lawiny zamierzał przejechać się po dywersantce.
- A co masz w tym swoim plecaczku? - postanowiłem jakoś rozładować gęstniejącą atmosferę nadchodzącego linczu.
- Moja mama ma lunch bar i zawsze daje mi tego kupę na praktyki. Jestem weganką, więc i tak tego nie jem – dziewczyna beztrosko wysypała na blat z dziesięć wielkich kanapek.
Gruby z wprawą zawodowego aktora płynnie zamienił się z lawiny w wiosenną odwilż, a szeroki uśmiech zdawał się zawiązywać w kokardkę na czubku jego wielkiego ogolonego łba.

poniedziałek, 2 lutego 2015

Przerwa

W rytmie marsza, głośno wygrywanego przez nasze ściśnięte z głodu żołądki, opieramy łokcie o lepiący się od brudu kontuar szopy, ozdobionej dumnym napisem COMEDOR. Naburmuszona mina wielkiej Murzynki pozbawia mnie wszelkiej nadziei, ale brzuch zamierza walczyć do upadłego, ignorując otaczającą nas zewsząd lepkość i skwaszoną minę ociekającej potem właścicielki tego dosłownie i w przenośni upadającego przybytku.
- Dobry! Kurczak jest? - wskazuję trzęsącym się palcem na wiszące za plecami ogromnej sprzedawczyni kolorowe menu.
- Nie ma! - odpowiada nam wzruszenie ramion.
- A ryba? - brzuch, aż piszczy z radości, słysząc jakie czekają go rarytasy.
- Nie ma! - Murzynka postanowiła jak widać zagłodzić dwójkę białasów na tej zapomnianej przez ludzi i Boga złotej plaży.
- A co jest? - postanawiam razem z moim żołądkiem bić się do końca i polec w ogniu walki.
- Przerwa jest! Nie widać? - ciemny, wielki jak niemiecki wurst, paluch leniwie stuka w spłowiały kartonik, a wymalowany na czerwono paznokieć radośnie wskazuje na koślawy napis "CERRADO" (zamknięte).

Wyjazd mi wyskoczył. Zapraszam na bloga w środę 11 lutego.

środa, 28 stycznia 2015

Kapadocja

Kapa tak naprawdę ma na imię Daniel i jest największym dusigroszem pod słońcem. Za złotówkę gotów odciąć sobie rękę, a za dziesięć to i swoją ogoloną na łyso głowę. Po paru scysjach w końcu się dotarliśmy i współpraca układa się poprawnie. To znaczy ja biorę za niego objazdy, a on wyciska z ludzi ostatnią kasę.
Opieramy się o barierkę przed halą odlotów, korzystając z cienia jaki daje wystający dach terminala. Tureckie słońce nie zna litości i jak już człowiek się nim nacieszy, to zaczyna się poruszać od daszku do daszku. Wciśnięci w plastikowe koszulki przypominamy dwóch zielono – białych, spoconych klaunów. Mój trykocik pochodzi ze starych zapasów i ma tylko pięć procent poliestru, ale Kapa jako bardziej zasłużony, paraduje już w nowej edycji firmowego wdzianka. Sam plastik. Jakby się ubrał w worek na śmieci, to gotowałby się tak samo, a przynajmniej nie straszyłby ciemnymi plamami potu pod pachami. Danielowi jednak, takie drobnostki, jak ciągnący się za nim lekki odór, nie psują dobrego humoru. Mrużąc swoje małe oczka z uwagą studiuje listę pasażerów i uśmiecha się z zadowoleniem pod nosem.
- Co tak się Kapa cieszysz? - w oczekiwaniu na przylatujących turystów próbuję zabić czas rozmową.
- Dużo paxów na dwa tygodnie, ale sieki przytniemy! - mój kumpel aż zaciera ręce z radości.
Ksywa Kapy wzięła się od wycieczki do Kapadocji, z której mamy największą prowizję. Daniel wciśnie to każdemu, bo Kapa jest dobra na wszystko.Chcesz jechać na zakupy – Kapadocja! Szukasz lekkiej i przyjemnej wycieczki – Kapadocja! Jak turysta pyta w autokarze kiedy będą te sklepy ze skórami lub marudzi , że rezydent zapomniał wydać mu reszty, to wiadomo że wycieczkę sprzedawał Daniel. Tylko rodzinom z dziećmi odpuszcza, bo gówniarze miejsca zajmują w autokarze jak dorośli, a prowizja jest o połowę niższa. Ostatnio nawet wysłał do Kapadocji zakochaną parkę, co przyleciała na krótki pobyt w ekskluzywnym hoteliku w Side, z nadzieją na cztery dni szalonego bzykanka. Z czterech romantycznych dni, dwa spędzili w autokarze, tłukąc się tysiąc kilometrów po górach. Laska tylko bezradnie płakała z głową przytuloną do szyby, ale jej gość był tak wściekły, że na czterysetnym kilometrze chciał wysiadać. Zamiast bzykać, chodził potem w ostatni dzień przed wylotem po naszych hotelach, szukając "tego chu...ja", który ich na ten wyjazd namówił.
- O idą! - Kapa oderwał się od swoich kalkulacji i głową wskazał pierwszych wychodzących z hali przylotów. Napakowane walizy i lekko skrzywione miny od uderzenia lipcowego tureckiego upału. Trzeba brać się do roboty.... Jedno dobre, że opóźnienia nie było, więc raczej nikt nie będzie chciał nas zwalniać lub żądać rekompensat.
- Dzień dobry. Witamy w Turcji i zapraszamy do autokarów – ze spoconych klaunów zamieniliśmy się w słodziutkie, tylko lekko rozmiękłe czekoladki.
- Panowie tak na nas tu czekają. Jakie to miłe! – starsza pani zarezerwowała pewnie najgorszy (najtańszy) hotel i szukała pozytywów, przed oczekującym ją koszmarem zatęchłego pokoju i śniadaniowych wynalazków tureckiego kucharza.
- Kolega będzie również z panią podczas wycieczki do Kapadocji, bez której wizyta w Turcji jest niepełna – Kapa siał ziarna wszędzie gdzie mógł, tak aby już na spotkaniach w hotelach zbierać plony.
- Kapadocja! Moje marzenie! - wyglądało, że w tym wypadku od razu będą żniwa.
- Pani koleżanki zapewne również? - uśmiechając się szeroko wskazał na stojącą obok rozmówczyni "wyjącą pięćdziesiątkę". Skwaszone babsko z fryzurą jak na zabawę sylwestrową i wściekle czerwonymi paznokciami. Mogłem założyć się o miesięczną pensję, że wyobrażenia tej baby o najbliższym tygodniu, diametralnie różniły się od wizji jaką właśnie roztaczał dla niej Kapa.
- Panowie, bagaż mi zgubili! - spanikowany głos młodego chłopaka w okularkach przerwał kapadocjowe żniwa.
- Proszę się nie martwić. Mamy taką wycieczkę, podczas której odwiedzamy niesamowicie tanie sklepy z markowymi walizkami – Daniel był już w transie.
- Już wskazuję, gdzie będzie pan to zgłaszał – przerażony turysta podskakując nerwowo skierował się we wskazanym przeze mnie kierunku.
- Ty, Kapa, byłeś kiedyś w Kapadocji ? - rzuciłem na odchodne konspiracyjnym szeptem.
- Zwariowałeś?! Tyle kilometrów w autobusie się będę męczył?! – w jego głosie brzmiało autentyczne niedowierzanie.
- To skąd wiesz co ty im sprzedajesz? - zamurowało mnie, bo gość siedział tu trzeci sezon.
- Nie ważne co ja sprzedaję, ważne co oni chcą kupić – Kapa wzruszył ramionami i uśmiechnął się z politowaniem.

środa, 21 stycznia 2015

Nocne Polaków rozmowy

- Wcale nie muszę sobie powiększać i zawsze mi staje! - mruczy do siebie Maruda. Dochodzi północ. W terminalu panuje błoga cisza. W kolejce do odprawy stoi resztka zaspanych i ziewających turystów, którzy bez zbędnych pytań nadają bagaże. Biedacy jak widać nie uświadomili sobie do tej pory faktu, iż doba hotelowa w większości resortów zaczyna się od piętnastej. Zarwaną nockę przyjdzie im odespać na twardej recepcyjnej kanapie. Zapocone stopy moczyć będą w hotelowym basenie, siedząc na jego mokrej krawędzi, bo zanim dowiozą ich z lotniska do hoteli, to większość leżaków zdażą zająć już Niemcy. Żeby tylko bransoletki na all inclusive im dali od razu, bo jak nie, to zjedzą rezydenta i będzie awantura.
- Piękne wakacyjne klimaty. Będzie co wspominać – zagaduję mojego dzisiejszego kompana.
Maruda ignoruje moją zaczepkę i wzdycha ciężko, kończąc cotygodniowy proces czyszczenia skrzynki. Chłopak pojawia się na lotnisku tylko raz w tygodniu, na nocnym przelocie na wyspę Kos. Nie wiem o nim prawie nic, oprócz tego, że jest najchudszym i najbardziej skwaszonym gościem jakiego widziałem. Podczas odprawy korzysta z naszego laptopa, czyszcząc swojego służbowego maila ze spamu. Wygląda, jakby ktoś zarejestrował jego adres na wszelkich dostępnych seksstronach. Jeżeli kiedyś będę potrzebował leku na potencję lub powiększenie przyrodzenia, to wszystkie możliwe oferty dostępnych specyfików i zabiegów są u niego na mailu. Nawet fakt posiadania tak unikalnej kolekcji nie poprawia Marudzie humoru. Smutno spogląda na sportowy zegarek, który inaczej niż wszyscy, nosi na prawym ręku.
- Dzwonimy? - zapału i chęci do pracy nie można mu jednak odmówić.
- Może tym razem nikogo nie brakuje? - co noc się tak łudzę.
- Zawsze brakuje – stwierdza autorytatywnie Maruda i jednym kliknięciem kościstego palca wyświetla listę nieodprawionych pasażerów. Komputer podpowiada, że brakuje czterech osób. To samo nazwisko, rezerwacja dokonana online. Według mnie szykuje się standardowa bezsensowna nocna rozmowa. Zrezygnowanym ruchem sięgam po telefon.
- Mogę zadzwonić?! - pierwszy raz szeroki uśmiech gości na twarzy mojego skwaszonego towarzysza. Oblizuje się przy tym sadystycznie i przewraca małymi oczkami, jak jakiś wredny krokodyl. Aż mi ciarki po plecach przechodzą. Bez słowa podaję mu komórkę. Maruda niczym obleśny gnom podskakuje z podekscytowania na krześle, ustawia tryb głośnomówiący i z namaszczeniem wstukuje numer telefonu jaki został podany przy rezerwacji. Po czwartym dzwonku odbiera zaspany kobiecy głos...
- Dobry wieczór.... - w głosie Marudy słychać autentyczną radość, gdy przedstawia się, recytując powitalną formułkę z pełną nazwę biura i swojego stanowiska. Normalnie Janusz Weiss...
- Czy są Państwo w drodze na lotnisko? - zadaje poważnym tonem najważniejsze pytanie, od którego zależy, który model postępowania wybierzemy.
- Ale po co? Lecimy dopiero jutro! - Pani po drugiej stronie słuchawki jest zbulwersowana niedorzecznością pytania. Wzdycham ciężko i skreślam całą czwórkę z listy, nasłuchując jednocześnie z ciekawością dalszego ciągu rozmowy.
- Ma Pani absolutną rację, niemniej jutro zaczyna się za minutę – Maruda uśmiecha się promiennie, a jego żółte zęby błyszczą zjawiskowo w świetle jarzeniówek.
- Przecież mówię, że jutro, o pierwszej w nocy! - głos kobiety podnosi się o dwie oktawy.
- Jutro czy dziesiątego lipca? - mój nocny kumpel okazuje się starym sadystą, a jego lotniskowe notowania gwałtownie wzrastają.
- No.... dziesiątego – kobieta, jak może, odwleka nieuchronne.
- Dokładnie od minuty mamy już dziesiąty lipca, a Państwa samolot odlatuje za 49 minut – Maruda kładzie, niczym makler po udanej transakcji, nogi na biurku. Kolorowe japonki na opalonych stopach kontrastują z czernią uniformu i są ewidentną autorska modyfikacją właściciela służbowego wdzianka.
- Czy są Państwo w stanie dotrzeć na lotnisko przed zamknięciem odprawy, to jest w ciągu 15 minut? - to się nazywa "dożynanie watahy".
- Chyba Pan zwariował?! Nikt nas nie poinformował! - zawsze tak mówią...
- Zakładamy, że nasi klienci zaznajomieni są z kalendarzem i zegarkiem, ale dodatkowo w warunkach rezerwacji mają Państwo zapis o konieczności samodzielnego potwierdzenia godzin wylotu – prawie nie słychać sarkazmu. Maruda przeciąga się na krześle. Przypomina teraz dzikie zwierzę, które zwietrzyło krew i nie odpuści swojej ofierze.
- To jest skandal! - odpowiada mu histeryczny wrzask i dźwięk zerwanego połączenia.
- Chyba nie lecą – chłopak wygląda na zawiedzionego. Jak pijak, któremu ktoś zabrał flaszkę w połowie imprezy. Przed popadnięciem w zwyczajowy marazm ratuje go dzwonek telefonu. Na wyświetlaczu pojawia się numer naszej niedawnej rozmówczyni. Maruda z błyskiem w oku naciska zieloną słuchawkę.
- Całe wakacje nam Pan popsuł!W sądzie się spotkamy! - wrzask wściekłej baby niesie się po całym terminalu, a ja muszę przyznać, ze Samsung ma dobre głośniki.
- Chciałem tylko.... - chłopak próbuje przerwać słowotok.
- Gów..o mnie obchodzi co Pan chciał! - kobieta kończy rozmowę.
- Co chciałeś jej powiedzieć? - naciskam. Maruda uśmiecha się, ponownie pokazując odrażające krokodyle uzębienie.
- Że mamy cztery wolne miejsca na locie o szóstej rano i mógłbym ich przebukować za darmo.

środa, 14 stycznia 2015

Zielone kiszone

Z międzynarodowego tłumu turystów, tłoczących się pod każdą rzymską czy barcelońską atrakcją, najłatwiej wyławia się swojaków na słuch. Zamykasz oczy, wyciszasz umysł i nasłuchujesz, a po chwili dolatują do Twoich uszu wdzięczne słowa "Ku..wa, co za chamy się tak pchają!".
Mój kolega, wieloletni rezydent na tzw. wakacyjnych kierunkach, twierdzi zawsze, że "po skarpetach i sandałach ich poznacie". Z drugiej strony co się dziwić, przynajmniej jak się gdzieś takiemu elegantowi zdrzemnie wieczorem pod chmurką, po ciężkim boju w lobby barze, to przynajmniej pęcherza i nerek nie zaziębi. W ten sposób poznaje się doświadczonych wakacjuszy.
Jednak jak rozpoznać rodaka w hotelowej restauracji, gdzie chęć pochłonięcia całego bufetu na raz, wspólna jest wszystkim nacjom? Pchają się do "wurstów" Niemcy, Ruscy ładują kopiaste talerze "kartoszków", a Włosi szturmują "pasta station". Wszyscy w myśl zasady: "jak zapłacone, to zesram się, a zjem".
Wśród obiadowej bitwy pojawia się jednak osobnik, który za nic ma makarony czy ziemniaki. Niczym eskimoski myśliwy harpunem, swoim widelcem nakłuwa i sprawnie przerzuca z bufetu na talerz zielone podłużne kształty, a następnie podgryza kawałeczek zdobyczy, chcąc upewnić się, że wzrok go nie zawiódł. Jeżeli na twarzy tegoż myśliwego pojawi się wyraz rozczarowania, a ugryziony kęs wypluty zostanie z powrotem na talerz, to wiesz, że masz do czynienia z rodakiem.
Do tego oszukanym, bo gdzie tam anglosaskim picklom z bufetu do naszych swojskich kiszonych!
Nie wierzycie? To posłuchajcie...

USA, rok 2004
Kiedy Mały wpada z informacją, że jutro w Denver sprzedawać będą kiszone, to w kanciapie, gdzie właśnie wcinamy lunch robi się gwarno jak w ulu. Do polskiego sklepu mamy 60 kilometrów, więc zaczyna się giełda zapisów, kto z kim jedzie lub ile komu kupi. W USA tradycji kiszenia ogórków nie ma, a zielonych pał, które tu sprzedają, ukisić się w żaden sposób nie da. Wyjeżdżamy z Małym jeszcze przed świtem, chcąc zdystansować konkurencję. Zajeżdżamy na sklepowy parking, który o tej godzinie powinien świecić pustką, a zawalony jest samochodami jak na jakiś wyprzedażach.
- O f..ck! - Mały przechodzi na angielski. W końcu siedzi tu dwa lata, więc miał czas się poduczyć.
- Za czym taka kolejka? - zwracam się do niskiego wąsatego faceta w bluzie Nuggetsów, którego od wejścia do sklepu dzieli jakieś czterdzieści nerwowo drobiących nogami osób.
- No jak to za czym? Za kiszonymi! - mruczy wrogo Wąsacz, lustrując z przerażeniem skrzynki na pace naszego pickupa.

Lotnisko w Polsce, rok 2011.
Siedzimy z Niebieską i spijamy kawę. To znaczy ja spijam, bo Niebieska "tej trucizny nie tyka" i dystyngowanie moczy usta w zielonej miksturze o podejrzanym zapachu. Wyjątkowo powstrzymuję się od złośliwych komentarzy, bo zbliża się do nas zaaferowana kobitka ze świeżo zrobioną trwałą. Mocna opalenizna, złota biżuteria, eleganckie ciuchy – czuję przez skórę nadchodzące kłopoty. Niebieska chyba też, bo szybko dopija zielone paskudztwo, wstaje i przyjaznym uśmiechem wita ewidentnie zestresowaną "paksicę", która ściska w garści vouchery podróżne.
- Czy mogę przewieźć w bagażu to? - przejęta kobitka okazuje się nieszkodliwa, odkłada papiery i wyciąga z torby wielki słój kiszonych ogórków, z dumą stawiając go na blacie.
Zaglądam przez ramię Niebieskiej, która otwiera dokumenty podróżne wielbicielki ogórków. Najlepszy hotel na wyspie, zapłacone 6000 zł za osobę, tydzień z all inclusive.
- Po co Pani ten ogóry? – pytamy jednocześnie, a kobitka czerwieni się nagle.
- No wiecie Państwo... mąż lubi sobie tak pochrupać!

Czechy, rok 2015, wyjazd narciarski
Grupa wczoraj nieźle popiła i nastroje na śniadaniu są lekko mówiąc słabe.
- Wszędzie kminek – pan Kaziu ze stolika narzeka na czeską kuchnię. Podnosi na wysokość twarzy pajdę chleba i przygląda się jej podejrzliwie, szukając wszechobecnych ciemnych ziarenek kminku, którym rzeczywiście Czesi przyprawiają wszystko oprócz kawy.
- No, i pomidorów nie dają – zmęczonym głosem wtóruje mu miłośnik warzyw - pan Grzesiu. Wczoraj kierowcy znaleźli u nich pod siedzeniem dwie puste flaszki 0,7 i całą reklamówkę zgniecionych puszek po piwie, więc nic dziwnego, że dzisiaj łakną witamin. W duchu dziwię się, że delikwenci w ogóle wstali. A już fakt, że są w stanie mówić świadczy, że mam do czynienia z zawodowcami, którzy wiedzą, że na nartach najważniejsze jest "smarowanie".
- Patrzcie chłopaki co mam! Pokroicie sobie i kanapeczka od razu lepiej smakuje - do stolika malkontentów energicznie podchodzi pani Ania i z hukiem stawia słoik kiszonych ogórków. Na napuchniętych twarzach skacowanych imprezowiczów pojawia się szeroki uśmiech, a zaropiałe oczka rozświetla błysk radości. Patrzę smętnym wzrokiem na moją kanapkę z salami i zaczyna brakować mi na niej czegoś zielonego...