środa, 28 stycznia 2015

Kapadocja

Kapa tak naprawdę ma na imię Daniel i jest największym dusigroszem pod słońcem. Za złotówkę gotów odciąć sobie rękę, a za dziesięć to i swoją ogoloną na łyso głowę. Po paru scysjach w końcu się dotarliśmy i współpraca układa się poprawnie. To znaczy ja biorę za niego objazdy, a on wyciska z ludzi ostatnią kasę.
Opieramy się o barierkę przed halą odlotów, korzystając z cienia jaki daje wystający dach terminala. Tureckie słońce nie zna litości i jak już człowiek się nim nacieszy, to zaczyna się poruszać od daszku do daszku. Wciśnięci w plastikowe koszulki przypominamy dwóch zielono – białych, spoconych klaunów. Mój trykocik pochodzi ze starych zapasów i ma tylko pięć procent poliestru, ale Kapa jako bardziej zasłużony, paraduje już w nowej edycji firmowego wdzianka. Sam plastik. Jakby się ubrał w worek na śmieci, to gotowałby się tak samo, a przynajmniej nie straszyłby ciemnymi plamami potu pod pachami. Danielowi jednak, takie drobnostki, jak ciągnący się za nim lekki odór, nie psują dobrego humoru. Mrużąc swoje małe oczka z uwagą studiuje listę pasażerów i uśmiecha się z zadowoleniem pod nosem.
- Co tak się Kapa cieszysz? - w oczekiwaniu na przylatujących turystów próbuję zabić czas rozmową.
- Dużo paxów na dwa tygodnie, ale sieki przytniemy! - mój kumpel aż zaciera ręce z radości.
Ksywa Kapy wzięła się od wycieczki do Kapadocji, z której mamy największą prowizję. Daniel wciśnie to każdemu, bo Kapa jest dobra na wszystko.Chcesz jechać na zakupy – Kapadocja! Szukasz lekkiej i przyjemnej wycieczki – Kapadocja! Jak turysta pyta w autokarze kiedy będą te sklepy ze skórami lub marudzi , że rezydent zapomniał wydać mu reszty, to wiadomo że wycieczkę sprzedawał Daniel. Tylko rodzinom z dziećmi odpuszcza, bo gówniarze miejsca zajmują w autokarze jak dorośli, a prowizja jest o połowę niższa. Ostatnio nawet wysłał do Kapadocji zakochaną parkę, co przyleciała na krótki pobyt w ekskluzywnym hoteliku w Side, z nadzieją na cztery dni szalonego bzykanka. Z czterech romantycznych dni, dwa spędzili w autokarze, tłukąc się tysiąc kilometrów po górach. Laska tylko bezradnie płakała z głową przytuloną do szyby, ale jej gość był tak wściekły, że na czterysetnym kilometrze chciał wysiadać. Zamiast bzykać, chodził potem w ostatni dzień przed wylotem po naszych hotelach, szukając "tego chu...ja", który ich na ten wyjazd namówił.
- O idą! - Kapa oderwał się od swoich kalkulacji i głową wskazał pierwszych wychodzących z hali przylotów. Napakowane walizy i lekko skrzywione miny od uderzenia lipcowego tureckiego upału. Trzeba brać się do roboty.... Jedno dobre, że opóźnienia nie było, więc raczej nikt nie będzie chciał nas zwalniać lub żądać rekompensat.
- Dzień dobry. Witamy w Turcji i zapraszamy do autokarów – ze spoconych klaunów zamieniliśmy się w słodziutkie, tylko lekko rozmiękłe czekoladki.
- Panowie tak na nas tu czekają. Jakie to miłe! – starsza pani zarezerwowała pewnie najgorszy (najtańszy) hotel i szukała pozytywów, przed oczekującym ją koszmarem zatęchłego pokoju i śniadaniowych wynalazków tureckiego kucharza.
- Kolega będzie również z panią podczas wycieczki do Kapadocji, bez której wizyta w Turcji jest niepełna – Kapa siał ziarna wszędzie gdzie mógł, tak aby już na spotkaniach w hotelach zbierać plony.
- Kapadocja! Moje marzenie! - wyglądało, że w tym wypadku od razu będą żniwa.
- Pani koleżanki zapewne również? - uśmiechając się szeroko wskazał na stojącą obok rozmówczyni "wyjącą pięćdziesiątkę". Skwaszone babsko z fryzurą jak na zabawę sylwestrową i wściekle czerwonymi paznokciami. Mogłem założyć się o miesięczną pensję, że wyobrażenia tej baby o najbliższym tygodniu, diametralnie różniły się od wizji jaką właśnie roztaczał dla niej Kapa.
- Panowie, bagaż mi zgubili! - spanikowany głos młodego chłopaka w okularkach przerwał kapadocjowe żniwa.
- Proszę się nie martwić. Mamy taką wycieczkę, podczas której odwiedzamy niesamowicie tanie sklepy z markowymi walizkami – Daniel był już w transie.
- Już wskazuję, gdzie będzie pan to zgłaszał – przerażony turysta podskakując nerwowo skierował się we wskazanym przeze mnie kierunku.
- Ty, Kapa, byłeś kiedyś w Kapadocji ? - rzuciłem na odchodne konspiracyjnym szeptem.
- Zwariowałeś?! Tyle kilometrów w autobusie się będę męczył?! – w jego głosie brzmiało autentyczne niedowierzanie.
- To skąd wiesz co ty im sprzedajesz? - zamurowało mnie, bo gość siedział tu trzeci sezon.
- Nie ważne co ja sprzedaję, ważne co oni chcą kupić – Kapa wzruszył ramionami i uśmiechnął się z politowaniem.

środa, 21 stycznia 2015

Nocne Polaków rozmowy

- Wcale nie muszę sobie powiększać i zawsze mi staje! - mruczy do siebie Maruda. Dochodzi północ. W terminalu panuje błoga cisza. W kolejce do odprawy stoi resztka zaspanych i ziewających turystów, którzy bez zbędnych pytań nadają bagaże. Biedacy jak widać nie uświadomili sobie do tej pory faktu, iż doba hotelowa w większości resortów zaczyna się od piętnastej. Zarwaną nockę przyjdzie im odespać na twardej recepcyjnej kanapie. Zapocone stopy moczyć będą w hotelowym basenie, siedząc na jego mokrej krawędzi, bo zanim dowiozą ich z lotniska do hoteli, to większość leżaków zdażą zająć już Niemcy. Żeby tylko bransoletki na all inclusive im dali od razu, bo jak nie, to zjedzą rezydenta i będzie awantura.
- Piękne wakacyjne klimaty. Będzie co wspominać – zagaduję mojego dzisiejszego kompana.
Maruda ignoruje moją zaczepkę i wzdycha ciężko, kończąc cotygodniowy proces czyszczenia skrzynki. Chłopak pojawia się na lotnisku tylko raz w tygodniu, na nocnym przelocie na wyspę Kos. Nie wiem o nim prawie nic, oprócz tego, że jest najchudszym i najbardziej skwaszonym gościem jakiego widziałem. Podczas odprawy korzysta z naszego laptopa, czyszcząc swojego służbowego maila ze spamu. Wygląda, jakby ktoś zarejestrował jego adres na wszelkich dostępnych seksstronach. Jeżeli kiedyś będę potrzebował leku na potencję lub powiększenie przyrodzenia, to wszystkie możliwe oferty dostępnych specyfików i zabiegów są u niego na mailu. Nawet fakt posiadania tak unikalnej kolekcji nie poprawia Marudzie humoru. Smutno spogląda na sportowy zegarek, który inaczej niż wszyscy, nosi na prawym ręku.
- Dzwonimy? - zapału i chęci do pracy nie można mu jednak odmówić.
- Może tym razem nikogo nie brakuje? - co noc się tak łudzę.
- Zawsze brakuje – stwierdza autorytatywnie Maruda i jednym kliknięciem kościstego palca wyświetla listę nieodprawionych pasażerów. Komputer podpowiada, że brakuje czterech osób. To samo nazwisko, rezerwacja dokonana online. Według mnie szykuje się standardowa bezsensowna nocna rozmowa. Zrezygnowanym ruchem sięgam po telefon.
- Mogę zadzwonić?! - pierwszy raz szeroki uśmiech gości na twarzy mojego skwaszonego towarzysza. Oblizuje się przy tym sadystycznie i przewraca małymi oczkami, jak jakiś wredny krokodyl. Aż mi ciarki po plecach przechodzą. Bez słowa podaję mu komórkę. Maruda niczym obleśny gnom podskakuje z podekscytowania na krześle, ustawia tryb głośnomówiący i z namaszczeniem wstukuje numer telefonu jaki został podany przy rezerwacji. Po czwartym dzwonku odbiera zaspany kobiecy głos...
- Dobry wieczór.... - w głosie Marudy słychać autentyczną radość, gdy przedstawia się, recytując powitalną formułkę z pełną nazwę biura i swojego stanowiska. Normalnie Janusz Weiss...
- Czy są Państwo w drodze na lotnisko? - zadaje poważnym tonem najważniejsze pytanie, od którego zależy, który model postępowania wybierzemy.
- Ale po co? Lecimy dopiero jutro! - Pani po drugiej stronie słuchawki jest zbulwersowana niedorzecznością pytania. Wzdycham ciężko i skreślam całą czwórkę z listy, nasłuchując jednocześnie z ciekawością dalszego ciągu rozmowy.
- Ma Pani absolutną rację, niemniej jutro zaczyna się za minutę – Maruda uśmiecha się promiennie, a jego żółte zęby błyszczą zjawiskowo w świetle jarzeniówek.
- Przecież mówię, że jutro, o pierwszej w nocy! - głos kobiety podnosi się o dwie oktawy.
- Jutro czy dziesiątego lipca? - mój nocny kumpel okazuje się starym sadystą, a jego lotniskowe notowania gwałtownie wzrastają.
- No.... dziesiątego – kobieta, jak może, odwleka nieuchronne.
- Dokładnie od minuty mamy już dziesiąty lipca, a Państwa samolot odlatuje za 49 minut – Maruda kładzie, niczym makler po udanej transakcji, nogi na biurku. Kolorowe japonki na opalonych stopach kontrastują z czernią uniformu i są ewidentną autorska modyfikacją właściciela służbowego wdzianka.
- Czy są Państwo w stanie dotrzeć na lotnisko przed zamknięciem odprawy, to jest w ciągu 15 minut? - to się nazywa "dożynanie watahy".
- Chyba Pan zwariował?! Nikt nas nie poinformował! - zawsze tak mówią...
- Zakładamy, że nasi klienci zaznajomieni są z kalendarzem i zegarkiem, ale dodatkowo w warunkach rezerwacji mają Państwo zapis o konieczności samodzielnego potwierdzenia godzin wylotu – prawie nie słychać sarkazmu. Maruda przeciąga się na krześle. Przypomina teraz dzikie zwierzę, które zwietrzyło krew i nie odpuści swojej ofierze.
- To jest skandal! - odpowiada mu histeryczny wrzask i dźwięk zerwanego połączenia.
- Chyba nie lecą – chłopak wygląda na zawiedzionego. Jak pijak, któremu ktoś zabrał flaszkę w połowie imprezy. Przed popadnięciem w zwyczajowy marazm ratuje go dzwonek telefonu. Na wyświetlaczu pojawia się numer naszej niedawnej rozmówczyni. Maruda z błyskiem w oku naciska zieloną słuchawkę.
- Całe wakacje nam Pan popsuł!W sądzie się spotkamy! - wrzask wściekłej baby niesie się po całym terminalu, a ja muszę przyznać, ze Samsung ma dobre głośniki.
- Chciałem tylko.... - chłopak próbuje przerwać słowotok.
- Gów..o mnie obchodzi co Pan chciał! - kobieta kończy rozmowę.
- Co chciałeś jej powiedzieć? - naciskam. Maruda uśmiecha się, ponownie pokazując odrażające krokodyle uzębienie.
- Że mamy cztery wolne miejsca na locie o szóstej rano i mógłbym ich przebukować za darmo.

środa, 14 stycznia 2015

Zielone kiszone

Z międzynarodowego tłumu turystów, tłoczących się pod każdą rzymską czy barcelońską atrakcją, najłatwiej wyławia się swojaków na słuch. Zamykasz oczy, wyciszasz umysł i nasłuchujesz, a po chwili dolatują do Twoich uszu wdzięczne słowa "Ku..wa, co za chamy się tak pchają!".
Mój kolega, wieloletni rezydent na tzw. wakacyjnych kierunkach, twierdzi zawsze, że "po skarpetach i sandałach ich poznacie". Z drugiej strony co się dziwić, przynajmniej jak się gdzieś takiemu elegantowi zdrzemnie wieczorem pod chmurką, po ciężkim boju w lobby barze, to przynajmniej pęcherza i nerek nie zaziębi. W ten sposób poznaje się doświadczonych wakacjuszy.
Jednak jak rozpoznać rodaka w hotelowej restauracji, gdzie chęć pochłonięcia całego bufetu na raz, wspólna jest wszystkim nacjom? Pchają się do "wurstów" Niemcy, Ruscy ładują kopiaste talerze "kartoszków", a Włosi szturmują "pasta station". Wszyscy w myśl zasady: "jak zapłacone, to zesram się, a zjem".
Wśród obiadowej bitwy pojawia się jednak osobnik, który za nic ma makarony czy ziemniaki. Niczym eskimoski myśliwy harpunem, swoim widelcem nakłuwa i sprawnie przerzuca z bufetu na talerz zielone podłużne kształty, a następnie podgryza kawałeczek zdobyczy, chcąc upewnić się, że wzrok go nie zawiódł. Jeżeli na twarzy tegoż myśliwego pojawi się wyraz rozczarowania, a ugryziony kęs wypluty zostanie z powrotem na talerz, to wiesz, że masz do czynienia z rodakiem.
Do tego oszukanym, bo gdzie tam anglosaskim picklom z bufetu do naszych swojskich kiszonych!
Nie wierzycie? To posłuchajcie...

USA, rok 2004
Kiedy Mały wpada z informacją, że jutro w Denver sprzedawać będą kiszone, to w kanciapie, gdzie właśnie wcinamy lunch robi się gwarno jak w ulu. Do polskiego sklepu mamy 60 kilometrów, więc zaczyna się giełda zapisów, kto z kim jedzie lub ile komu kupi. W USA tradycji kiszenia ogórków nie ma, a zielonych pał, które tu sprzedają, ukisić się w żaden sposób nie da. Wyjeżdżamy z Małym jeszcze przed świtem, chcąc zdystansować konkurencję. Zajeżdżamy na sklepowy parking, który o tej godzinie powinien świecić pustką, a zawalony jest samochodami jak na jakiś wyprzedażach.
- O f..ck! - Mały przechodzi na angielski. W końcu siedzi tu dwa lata, więc miał czas się poduczyć.
- Za czym taka kolejka? - zwracam się do niskiego wąsatego faceta w bluzie Nuggetsów, którego od wejścia do sklepu dzieli jakieś czterdzieści nerwowo drobiących nogami osób.
- No jak to za czym? Za kiszonymi! - mruczy wrogo Wąsacz, lustrując z przerażeniem skrzynki na pace naszego pickupa.

Lotnisko w Polsce, rok 2011.
Siedzimy z Niebieską i spijamy kawę. To znaczy ja spijam, bo Niebieska "tej trucizny nie tyka" i dystyngowanie moczy usta w zielonej miksturze o podejrzanym zapachu. Wyjątkowo powstrzymuję się od złośliwych komentarzy, bo zbliża się do nas zaaferowana kobitka ze świeżo zrobioną trwałą. Mocna opalenizna, złota biżuteria, eleganckie ciuchy – czuję przez skórę nadchodzące kłopoty. Niebieska chyba też, bo szybko dopija zielone paskudztwo, wstaje i przyjaznym uśmiechem wita ewidentnie zestresowaną "paksicę", która ściska w garści vouchery podróżne.
- Czy mogę przewieźć w bagażu to? - przejęta kobitka okazuje się nieszkodliwa, odkłada papiery i wyciąga z torby wielki słój kiszonych ogórków, z dumą stawiając go na blacie.
Zaglądam przez ramię Niebieskiej, która otwiera dokumenty podróżne wielbicielki ogórków. Najlepszy hotel na wyspie, zapłacone 6000 zł za osobę, tydzień z all inclusive.
- Po co Pani ten ogóry? – pytamy jednocześnie, a kobitka czerwieni się nagle.
- No wiecie Państwo... mąż lubi sobie tak pochrupać!

Czechy, rok 2015, wyjazd narciarski
Grupa wczoraj nieźle popiła i nastroje na śniadaniu są lekko mówiąc słabe.
- Wszędzie kminek – pan Kaziu ze stolika narzeka na czeską kuchnię. Podnosi na wysokość twarzy pajdę chleba i przygląda się jej podejrzliwie, szukając wszechobecnych ciemnych ziarenek kminku, którym rzeczywiście Czesi przyprawiają wszystko oprócz kawy.
- No, i pomidorów nie dają – zmęczonym głosem wtóruje mu miłośnik warzyw - pan Grzesiu. Wczoraj kierowcy znaleźli u nich pod siedzeniem dwie puste flaszki 0,7 i całą reklamówkę zgniecionych puszek po piwie, więc nic dziwnego, że dzisiaj łakną witamin. W duchu dziwię się, że delikwenci w ogóle wstali. A już fakt, że są w stanie mówić świadczy, że mam do czynienia z zawodowcami, którzy wiedzą, że na nartach najważniejsze jest "smarowanie".
- Patrzcie chłopaki co mam! Pokroicie sobie i kanapeczka od razu lepiej smakuje - do stolika malkontentów energicznie podchodzi pani Ania i z hukiem stawia słoik kiszonych ogórków. Na napuchniętych twarzach skacowanych imprezowiczów pojawia się szeroki uśmiech, a zaropiałe oczka rozświetla błysk radości. Patrzę smętnym wzrokiem na moją kanapkę z salami i zaczyna brakować mi na niej czegoś zielonego...

środa, 7 stycznia 2015

Kowboj

Turysta w kapeluszu zawsze generuje problemy. Obojętnie czy przykrywa czerep czarnym melonikiem, korkowym safari czy fantazyjną panamą. Wystarczy, że moje czujne oko dostrzeże w morzu podróżujących głów wesoło podskakujący kapelusik, a natychmiast uruchamiam system alarmowy i przechodzę w tryb "chowaj się!". Niestety, podrygujący ze złości właściciel kowbojskiego nakrycia głowy ewidentnie mnie namierzył i wręcz obleśnie oblizywał się na mój widok, zbliżając się szybkim krokiem. Towarzyszyła mu rozdygotana i bliska płaczu młodziutka pracownica odpraw bagażowych. Kowboj rozpoczynał wakacje od prowadzenia 1:0.
- Czy Pan jesteś przedstawicielem biura? - facet, już z daleka zaczął głośno drzeć nalanego ryja. Dokładnie za jego spoconymi plecami, popołudniowe czerwcowe słońce przebijało się przez brudne szyby terminala oświetlając złotą aureolą jego lekko otyłą postać, którą oprócz wspomnianego nakrycia głowy ozdabiał pasiasty trykocik i wakacyjne szorty na krzywych i białych jak mąka nogach.
- Zaraz mnie zastrzeli i będzie jak w westernie – pomyślałem zaniepokojony, niemniej potakująco skinąłem głową czekając na rozwój wydarzeń. W końcu dobra lotniskowa pyskówka z powodzeniem zastępuje popołudniową kawę, a kowboj, zachęcony zgnojeniem niedoświadczonej laski z checkinu, ewidentnie domagał się konfrontacji na wyższym poziomie.
- Możesz się zwijać, bo już tu nie pracujesz! - facet z hukiem rzucił na blat kopertę z voucherem podróżnym, a dziewczyna wzdrygnęła się przestraszona.
- W takim razie pozostaje mi tylko życzyć udanych wakacji – wybrałem wariant postępowania al'a Monty Python i odwróciłem się plecami do krzyczącego, wykonując gest zamykania stanowiska. Jakiś feralny ten lot do Turcji..... Dopiero początek sezonu, a już kolejna osoba wysyła mnie na zwolnienie. W odróżnieniu od ostatniej idiotki, która udawała znaną prawniczkę, tym razem wywala mnie z roboty kowboj grający prezesa.
- Moment! Czy ty wiesz kim ja jestem? Kupiłem pakiet PREMIUM!!! - awanturnik ewidentnie potrzebował dowartościowania. Na moje oko pakiet last minute all inclusive za 999 zł.
- I w związku z tym w czym możemy Panu pomóc? - zapytałem ze zjadliwą uprzejmością nieszczęśnika, który za dodatkowych dziewięćdziesiąt złotych nabył prawo do odprawy bez kolejki, wcześniejszej rezerwacji miejsca w samolocie, darmowego napoju bezalkoholowego oraz tzw. prasy, czyli wczorajszej "wyborczej" lub "rzepy".
- Powiedz tej głupiej piź...dzie, że ma mi dać tego zapłaconego drinka i zabrać walizki, a ty załatw, żebym nie musiał stać w tej kolejce – kowboj o duszy prezesa nie przebierał w słowach i jednocześnie wskazywał ręką na długaśną linię pasażerów czekających do kontroli bezpieczeństwa.
- Przysługuje Panu ekspresowa odprawa bagażowa, niemniej walizkę dostarcza Pan do niej sam, a napój otrzyma Pan od stewardessy na pokładzie. Kolejka do kontroli bagażu podręcznego jest jedna dla wszystkich – na tym etapie informacje o braku alkoholu w wymarzonym drinku mu darowałem. Mój ton głosu wyzzuty był z wszelkich zbędnych emocji. Dla potrzeb profesjonalnej obsługi klienta brzmiała w nim jednak delikatna nuta współczucia. Moja praca polega na obdzieraniu ludzi z marzeń i podobno jestem w tym perfekcyjny, ale też zdarzają mi się chwile słabości.
- W tym momencie biorę telefon do ręki i już cię tu nie ma, jeba..ny chamie! - kapelusz, aż podskoczył furiatowi na głowie, a otyła twarz spurpurowiała z nerwów. Dziewczyna z obsługi musiała być nowa, bo aż cofnęła się ze strachu. Zatęskniłem za Iką. Wspólnie doprowadzilibyśmy gościa do rezygnacji z wakacji, a tak została mi tylko dywersja.
- Jesteście oszustami i ja wam pokażę! - zignorowałem groźbę i jako rasowy wampir energetyczny ładowałem akumulator na całą nockę na lotnisku, a moje źródło energii podskakiwało jak wkurwio..ny skwarek na patelni.
- Nikt nie chce Pana oszukać, a a co więcej staramy się pomóc jak możemy – byłem słodki jak ptasie mleczko.
- Rusz dupę i mnie odpraw – kowboj huknął wulgarnie na wciąż roztrzęsioną laskę.
Dziewczyna drżącymi rękoma podała chamowi kartę pokładową i okleiła czarną tanią walizę, którą złośliwie ustawił na wadze rączką do dołu, tak żeby trudno było nakleić zawieszkę.
- Życzymy udanych wakacji i miłego lotu– uśmiechnąłem się szeroko do naszego jakby nie było klienta.
- Nic wam nie pomoże! Jutro wywalą was z roboty – kowboj rzucił nam miłe słowo na odchodne i wepchnął się w kolejkę do hali odlotów łokciując przy tym brutalnie przypadkową kobietę z dzieckiem.,
- I co teraz? Rzeczywiście nas wywalą? - laska z checkinu musiała być bardzo świeża.
Uśmiechnąłem się już zupełnie szczerze, widząc, że ze stresu zapomniała nakleić na karcie pokładowej kowboja jego części potwierdzenia nadania bagażu. Brak śladów oznaczał przestępstwo doskonałe. Podniosłem słuchawkę i wybrałem numer do sortowni:
- Cześć chłopaki !Za chwilę dojedzie do was wielka czarna walizka. Ona dzisiaj nigdzie nie leci.
- Tylko żeby liczba w raporcie się zgadzała! - na bagażowych zawsze można liczyć.
- Usuń jego bagaż z systemu – nowa potrzebowała szkolenia, bo wpatrywała się we mnie z szeroko rozdziawioną buzią, nic nie rozumiejąc.
- I co teraz? - dziewczyna wciąż domagała się wyjaśnień.
- Pan odbierze walizkę po powrocie z wakacji – znowu uśmiechnąłem się szeroko niczym krokodyl, wyobrażając sobie kowboja biegającego po tureckim lotnisku w poszukiwaniu swojej walizki. 
 W Turcji jest ciepło, więc kapelusz i szorty mu wystarczą. Z resztą obkupi się na bazarach.....

środa, 17 grudnia 2014

all inclusive

- Eeee! Simon!- śniady recepcjonista Ali macha rękami i przywołuje mnie energicznie, nie pozwalając mi przemknąć niezauważonym przez hotelowe lobby. Wszystko przez tą wściekle fioletową firmową koszulę. Słowo lobby akurat w tym przybytku jest trochę na wyrost, bo obskurny i lepiący się od brudu, ciasny recepcyjny hol na to miano nie zasługuje. Tak jak Palm Beach Hotel&Spa nie zasługuje na żadną ze swoich trzech gwiazdek, które nadgryzione zębem czasu i palącym śródziemnomorskim słońcem, wiszą smętnie nad wejściem i wraz z zepsutymi drzwiami, żałośnie witają przybywających jeszcze zadowolonych turystów. To nasz najbardziej reklamacyjnogenny przybytek i cotygodniowe spotkania z nieszczęśnikami, którzy liczyli na  udany wakacyjny wypoczynek, należą do jednych z ciekawszych momentów w monotonnym grafiku rezydenta w tureckim Side.
- Dajesz! - odzywam się po polsku, bo Ali studiował na wrocławskim AWF. Magister od fikołków, a porozumiewa się tak piękną polszczyzną, że wpędza mnie w kompleksy swymi wrzucanymi od niechcenia "prosiłbym bardzo" i "jeżeli mógłbym".
- Wczoraj wasz gość, pan Adam, pobił barmana z pool baru – recepcjonista jest zbulwersowany.
- Przecież wy nie macie basenu, bo jest w remoncie – stwierdzam fakt, dzięki, między innymi któremu, spotkania z nowymi hotelowymi gośćmi są tak ekscytujące.
- Ale pool bar działa – Turek prostuje się, wygładza nażelowane czarne włosy i dumnym wzrokiem toczy po obdrapanych ścianach, które pewnie nie były malowane od czasów Ataturka.
- A którego barmana i za co? - pytam z czystej ciekawości. Jest środek sezonu wakacyjnego, więc słowa "empatia" oraz "współczucie" stały mi się już dawno obce. Niemniej nic tak dobrze nie robi na psychikę, jak posłuchać o cudzym nieszczęściu.
- Yussufa, gdyż podczas jego zmiany zabrakło alkoholu w barze – Ali wymienia imię najwredniejszego z Turków, jacy pracują w hotelu. Gość jest tak antypatyczny, że nawet ja to zauważam. Uśmiecham się szeroko, wizualizując w myślach opuchnięta szympansią gębę barmana i nawet nie udaję, że jest mi przykro. Odgrzebuję z pamięci czerwoną facjatę kierowcy tira - pana Adama, który dokonał czegoś o czym marzyła zapewne większość klientów basenowego baru. Już na lotnisku wyglądał na takiego, co przeżyje brak basenu czy łazienki, ale z wódą bym go nie próbował kantować.
- Turas pewnie przycinał na boku i ma za swoje – rozgrzeszam w myślach samozwańczego bohatera.
- Yussuf zamierza nożem pozbawić pana Adama życia. Czyż nie powinieneś się temu zapobiec? - nie wiem ile polonistek wyrywa co w sezon Ali, ale składnią żongluje niczym profesor Miodek.
- Spoko, pogadam z nim – uspokajam przerażonego Turka. Jeszcze mi trupa w tym burdelu brakuje. Z pewną trudnością, ale odklejam się od brudnego recepcyjnego blatu. Czekają już na mnie. Na poplamionych kanapach, w ciemnym zadymionym kącie lobby widzę skulone postacie moich kochanych turystów. Zmęczeni podrożą i wszechobecnym upałem, parujący alkoholem i jak co tydzień, na maksa wkurwie..ni na otaczający ich Palm Beachowy syf. Spotkanie informacyjne czas zacząć. Uwielbiam ten moment. Jego urocza nieprzewidywalność powoduje, że za każdym razem czuję przenikający mnie dreszcz emocji. To jak wycieczka po wulkanie na chwilę przed erupcją. Zbliżam się wystudiowanym krokiem do siedzącej grupki. Nie zdążyli jeszcze zmienić ciuchów po przylocie, ale po to wyznaczam godzinę spotkania zaraz po przylocie, aby czuli się maksymalnie niekomfortowo i nie mieli czasu uświadomić sobie w jakie bagno wpadli. W sumie to wszystko dla ich dobra. Po co się mają od razu denerwować? Jeszcze zdążą...
- Co to kur..wa jest? - wita mnie krzyk młodego karka. Facet na mój widok podrywa się z kanapy.
Najwidoczniej dałem za dużo czasu i go oświeciło. Wchodząc trzy miesiące temu, pierwszy raz do hotelu, też tak retorycznie zapytałem, ale niestety nie płacą mi za solidaryzowanie się z pokrzywdzonymi gośćmi. Chociaż awanturnik waży ze 140 kilo i przechodzi mi przez głowę, że może tym razem powinienem okazać trochę współczucia i powstrzymać się od zwyczajowego sarkazmu.
- Serdecznie witamy w Turcji! - decyduję się ignorować krzykacza i z szerokim uśmiechem zwracam się do pozostałych osób, jednocześnie szybko taksuję każdego z osobna wzrokiem. Dwie skwaszone dziewczyny siedzące na prawej kanapie nie wyglądają na roszczeniowe. Farbowane blondynki w obcisłych sukienkach, z wielkimi kolczykami w uszach i żarówiastymi paznokciami. Kapadocji raczej nie planują zwiedzać. Ewidentnie przyjechały do Turcji się zabawić i hotel będzie im służył tylko do odsypiania nocnych szaleństw. Opaleniznę złapią na plaży, gdzie będą leczyć dyskotekowego kaca. Parka staruszków, która drzemie na dwóch rozsypujących fotelach, jest już zupełnie nieszkodliwa. Im już dużo do szczęścia nie trzeba. Jeszcze miesiąc temu wzbudziliby moją czułość. Dziadek cicho pochrapuje sprawiając wrażenie, jakby miały to być ostatnie wakacje w jego życiu, a towarzysząca mu leciwa pani patrzy ze zdumieniem na awanturującego się byczka, który w niewybredny sposób zgłasza zastrzeżenia dotyczące standardu obiektu. Napakowanego krzykacza wspiera rudy kościotrup w czarno-różowym dresie, która trzyma na kolanach wrzeszczącego ryżego bachora i słowami: "Zaj...eb mu Roman za ten chlew!" namawia męża do bardziej zdecydowanych działań.
- Hotel jest wyraźnie opisany w katalogu, jako skromny i dla niewymagających. Płacąc dziewięćset złotych za przelot i pobyt z all inclusive nie macie prawa oczekiwać luksusów. Jeżeli chcieliby Państwo zostać przekwaterowani do innego obiektu, to służę pomocą, ale takie zmiana jest dodatkowo płatna według stawek danego hotelu. Innymi słowy najtańsze cztery gwiazdki będą kosztować ok. osiemset złotych za osobę – szykując się na cios, kłamię jak z nut oczy i patrze bezczelnie karkowi w oczy. Ten zwiesza bezradnie wielkie łapska, a ruda tyczka otwiera ze zdumieniem usta.Wbrew temu co wszyscy myślą, właśnie za to mi płacą.
- Nie kłóć się pan z tym ch..jem! – za moimi plecami wyrasta baryłkowata postać pana Adama.
- I tak go nie przegadasz – tirowiec zrezygnowanym gestem wskazuje na mnie prawą ręką, w której trzyma wielką jak wiadro butlę Smirnoffa.
- Gdzie pan to kupił? – uznaję "chu..ja" za komplement i zastanawiam się, czy powinienem być wdzięczny za nieoczekiwaną pomoc czy zacząć się martwić.
- Zaje..bałem z lobby baru! W końcu mamy all inclusive! - tirowiec wymachuje dumnie wódką, a kark i rudy pasztet uśmiechają się. Dzieciak ubrany wielką pieluchę zaczyna się nerwowo wiercić na kolanach co raz bardziej zadowolonej matki.
- Trzeba było od razu mówić, ze tacy fajni ziomale tu są – kark łakomie patrzy na czerwoną etykietę ozdabiającą butelkę, ignorując przy tym rozchodzący się po lobby ostry zapach dziecięcej kupy.

środa, 10 grudnia 2014

Trzy stówy

- Dla mnie rybę i zupę – beztrosko ustalam najważniejszy moment dzisiejszego dnia na lotnisku, czyli skład pracowniczego obiadu.
- Nie bierzesz dwóch?! - głos Kisi jest pełen zdumienia, ale ja głupi, zauroczony wizją panierowanego dorsza z frytkami, ignoruję ten wyraźnie ostrzegawczy sygnał.
- Weź jeden, dojem sobie później w chacie – w końcu biegacze nie powinni się obżerać, a ostatnio biegam kilometrów jak profesjonalny zawodnik.
Dziesięć minut później wpadam na lotnisko i odruchowo, ale wciąż beztrosko, zerkam na tablicę odlotów. Momentalnie uświadamiam sobie mój błąd. Taaa.... powinienem zamówić trzy obiady. Przy wylocie do Hurghady widnieje lakoniczna informacja o opóźnieniu. Nie trzydzieści minut, nie trzy godziny, ale najzwyczajniej w świecie "OPÓŹNIONY", czyli innymi słowy: "samolotu nie ma i nikt nie wie kiedy będzie". Niestety pasażerowie nie rozumieją jak ciężko jest znaleźć wolną maszyną w szczycie sezonu.
- Co z tym samolotem?! – zaczyna drzeć mi się nad uchem jakiś nerwus w słomkowym kapeluszu.
Dojrzał w tłumie moją firmową koszulę i zdecydowanie przystąpił do ataku.
- Czekamy na informację od linii lotniczej, a po jej otrzymaniu niezwłocznie Państwu ją przekażemy- niczym dobrze wyszkolony komandos nie daję się zaskoczyć.
- To proszę się dowiedzieć!To są jakieś jaja! – właściciel kapelusza podskakuje przy naszym stanowisku, wymachując łapami niczym wściekły goryl. Dobrze, ze gabaryt nie ten, bo by trzeba było dzwonić po Gucwińskich.
- Już dzwonię do linii lotniczej i zaraz będziemy wszystko wiedzieć – mówię spokojnie i z uśmiechem na twarzy, a oczy Kisi robią się ze zdumienia wielkie jak spodki. Puszczam do niej oczko i z namaszczeniem wybieram numer komórki do przechodzącego obok koordynatora lotów. Formułek grzecznościowych używam tyle jakbym dzwonił co najmniej do prezesa Lufthansy, ale widzę, że Słomkowy Kapelusz rozdziawił gębę ze zdumienia, więc teatrzyk zadziałał. W końcu zadaję koledze pytanie dotyczące losów naszej opóźnionej Hurghady.
- Jesteśmy w czarnej dupie i słońca nie widać – słyszę w odpowiedzi.
- Dział operacyjny pracuje w pocie czoła nad rozwiązaniem tego problemu. Podamy kolejną informację w ciągu godziny – informuję sapiącego goryla, który wciąż nerwowo podrygując, odchodzi w kierunku ostatnich wolnych krzesełek w hali. Pasażerowie tłoczą się jak śledzie w puszce, ale wyjątkowo nikt nas nie atakuje. Widać nie każdy zna lotniskową definicję słowa "OPÓŹNIONY".
Zabieramy się z Kisią za panierowanego dorsza, kiedy info ogłasza, że start samolotu opóźni się o dwanaście godzin, w związku z czym pasażerowie proszeni są o udanie się do odprawy, a następnie z kartami pokładowymi prosto do autobusów, które zawiozą ich do hoteli. Wylot przewidziany jest na trzecią w nocy, co z mojej perspektywy oznacza, że dojadania w domu tak szybko nie będzie. Na moje nieszczęście nie o to w tym wszystkim chodzi.
Wszyscy spragnieni wakacji pasażerowie, niczym rzymska falanga, rzucają się w naszym kierunku. Przełykam szybko ostatni kęs obiadu i wstaję gotowy stawić czoła rozjuszonemu tłumowi. Krzykom i groźbom nie ma końca. Mimo mojej wrednie wyglądającej gęby, wszyscy chcą się ze mną spotykać, nie wiem tylko dlaczego, każdy umawia się w sądzie.
Zapakowanie do czterech autokarów stu sześćdziesięciu wściekłych pasażerów jest przedsięwzięciem najłagodniej mówiąc karkołomnym. Używanie siły fizycznej i przymusu bezpośredniego jest zabronione. Pozostaje tylko kiwać głową, przyznawać rację największym krzykaczom i mimo uszu puszczać groźby i obelgi. Jesteśmy odpowiedzialni za powstałe opóźnienie, mamy wyciągać z kieszeni i oddawać pieniądze, a także cofać czas. Niektórzy chcą nas wieszać, inni wsadzać do więzienia, a jeszcze inni namawiają do linczu. Ogólnie jest wesoło, tylko trzeba się zdystansować. Praca w turystyce trochę pozbawia empatii. Większość z nas ma skórę grubą jak u nosorożca, więc nie dajemy się wyprowadzić z równowagi, tylko sprawnie ładujemy całą krzyczącą bandę do autobusów. Na końcu brakuje nam czteroosobowej rodziny. Dzwonię na numer podany w rezerwacji i dość obcesowo pytam, czy zamierzają się pojawić na transferze. W odpowiedzi słyszę roześmiany męski głos:
- Wzięliśmy sobie hotel, tutaj, blisko lotniska.
- Linia lotnicza zapewnia Państwu zakwaterowanie, ale w wybranych hotelach. Nikt nie zwróci kosztów noclegu, który sami sobie Państwo zarezerwowali – tłumaczę spokojnie.
- Panie! O trzy stówy nie będziemy się kłócić! – pada zaskakująca odpowiedź wesołka.
Zaznaczam na liście, że trzeba będzie im załatwić jakieś fajne miejsca, w końcu ludzkie odruchy są zjawiskiem tak rzadkim, że trzeba je doceniać. Daję kierowcy hasło do odjazdu i ostatnia grupa udaje się do hotelu. Może nie do końca takiego jaki sobie wymarzyli. ale łóżka mają na pewno wygodniejsze niż lotniskowe krzesełka w hali odlotów.
Kilka godzin później można zaczerpnąć oddechu. Pasażerowie w hotelu, a pozostałe loty bez opóźnień. Adrenalina opada, więc reszta wieczoru i nocy zapowiada się miło i spokojnie. Pozwalam sobie nawet sprawdzić wzrokiem, czy  z torby Kisi nie wystaje czasami słynne pudełeczko z ciastkami.
- Nie wylecą o trzeciej! - Tomek rzuca teczkę na nasze biurko. Dochodzi 22:00. Chłopak ma podkrążone oczy pełne czerwonych żyłek. Lato dla jednych oznacza wakacje, a dla drugich zapierdziel po dwadzieścia godzin na dobę.
- A o której? - pytam ostrożnie i zastanawiam się jednocześnie, ile kawy mamy w szafce.
- Nie wiadomo, ta maszyna znowu się popsuła i stoi w Egipcie – wzdycha ciężko koordynator.
- Przynajmniej się wyśpią – nie marnując czasu wyciągam listę rezerwacji i telefon.
Wybieram numer do pierwszej rodziny od góry kartki i zbolałym głosem mówię o powiększającym się opóźnieniu, a później optymistycznym tonem informuję, że nie muszą pojawiać się w nocy na lotnisku, tylko czekać na dalsze informacje. Spodziewam się steku wyzwisk i wybuchu agresji, ale w odpowiedzi słyszę zaspany płaczliwy głos:
- Dzwonicie po nocach! Dajcie mi się kur..wa wyspać! To są wakacje!

środa, 3 grudnia 2014

Polowanie na wariata

- Musisz coś z nią zrobić! - dziewczyny w biurze wyjątkowo mówią zgodnym głosem.
- Ale z kim? - czuję przez skórę nadchodzące kłopoty.
- No jak?! Nachodzi nas kolejna wariatka! - znowu unisono niczym zgrane chórzystki.
- A czy ja wyglądam jak psychiatra? - wykręcam się jak mogę.
- Nie, ale jak troll! Chcemy ją przepłoszyć, a nie leczyć, więc się nadajesz! - wyrok zapadł większością głosów i znowu podłapałem fuchę biurowego stracha na czubków.
Mam taką teorię, że wszyscy jesteśmy jeb..nięci, tylko jedni maskują się z tym lepiej, a drudzy gorzej. W ramach zakresu obowiązków pracowniczych zajmuję się wypraszaniem tych, którym maskowanie braku piątej klepki nie wychodzi. Sam ich nie szukam, ale dziwnym trafem kolorowe plakaty biura podróży przyciągają wariatów jak magnes.
Zawsze pamiętać będę panią Anię. Elegancko ubrana, czterdziestoletnia kobieta, która z dokładnością szwajcarskiego zegarka co czwartek o godzinie 14:00, siadała na biurowym fotelu i po dwie, trzy godziny potrafiła czekać "na pociąg". Tłumaczenia, że "to nie poczekalnia", że "dworzec jest pięć kilometrów dalej", kwitowała krótkim:
- Jeżeli w kasie sprzedali mi bilet, to pociąg z pewnością przyjedzie.
Prośbę o okazanie biletu odpierała grzecznie i do bólu logicznie:
- Czy Pan jest konduktorem?
Udało jej się pozbyć dopiero jak wymyśliłem "zmianę peronu" i zaczęliśmy wysyłać naszą podróżną "na peron" dziewczyn z kawiarni. Po którejś ze "zmian", które komunikowaliśmy jej zawsze w minutę po tym jak zajmowała miejsce w "poczekalni", wstała i wzburzonym głosem oznajmiła, że mamy tu taki bałagan, że ona z nami już więcej jeździć nie będzie. Na lotnisku pani Ani jeszcze nie spotkałem, więc wygląda, że pozostała wierna komunikacji naziemnej, ale z której "poczekalni" korzysta, to tego niestety nie wiem.
Sukcesem zakończyło się również płoszenie pana Jana, który klękał przed stojakiem z katalogami, widząc w uśmiechającej się z okładki katalogu starej Kubance, objawienie Matki Boskiej. Moją słodką tajemnicą pozostanie, co powiedziałem Janowi od objawień, ale przestał nas nawiedzać. Wyrzuty sumienia mam do dzisiaj, bo wizja zamiany biura na sanktuarium pielgrzymkowe i zarabianie na sprzedaży dewocjonaliów, wciąż wydaje mi się dość kuszącą perspektywą. Pozbywanie niechcianych osób z biura wychodzi mi tak dobrze, że nieoficjalnie zostało to wpisane w mój szeroki wachlarz biurowych zadań.
Wariatka, która nachodziła dziewczyny w biurze, otrzymała roboczy pseudonim "Wróżka". Potrafiła przez godzinę żądać pokazywania sobie dziesięciu tych samych zdjęć jednego hotelu, aby na koniec stwierdzać, że dzisiejszy układ gwiazd nie pozwala jej podjąć decyzji o wyjeździe.
Pojawiła się w drzwiach biura niespodziewanie, kiedy już znużony dziesięciogodzinnym oczekiwaniem, zaczynałem zmieniać grafik, planując kolejną zasadzkę. Czarne przylizane włosy a"la rodzina Adamsów, kolorowy strój arabskiego wróżbity i "dzień dobry" wypowiedziane cichym wystudiowanym głosem harrypotterowego Lorda Voldemorta. Jakby w tym momencie zgasło światło, to bym się zesrał ze strachu.
Wróżka pragnęła lecieć na Fuerteventurę, ale najpierw miałem pokazać zdjęcia atrakcji na wyspie i hoteli. Wbrew obiegowym opiniom jestem bardzo miły dla każdego klienta (przynajmniej podczas pierwszego kontaktu), więc posłusznie puściłem pokaz slajdów z ostatniego pobytu na wyspie. Kobita nie była zainteresowana moimi mądrościami o Kanarach, którymi niczym lektor z National Geographic chciałem uprzyjemnić oglądanie serii dwustu zdjęć. Z zafascynowaniem, w absolutnej ciszy wpatrywała się w monitor. Napięcie lekko rosło, więc nie powiem, ale z uczuciem ulgi przywitałem koniec prezentacji i kombinowałem jak zadać decydujący cios.
- Nie wiem co o tym sądzić. Chciałabym ponownie obejrzeć te zdjęcia – lodowaty głos Voldemorta uprzedził moje niecne zamiary. Baba była nieźle szurnięta. Odsunąłem monitor, szykując się do zaprezentowania swoich magicznych umiejętności, gdy drzwi do biura otworzyły się i stanął w nich pan Paweł - wieloletni klient, który jeździ z nami dwa razy do roku na rodzinne wakacje.
- Już puszczam Pani zdjęcia. Mamy tutaj taki folder, którego zwykle nie pokazujemy, ale dla Pani zrobię wyjątek – puściłem babie sześćset zdjęć i przesiadłem się do biurka obok, aby ustalić do jakiego kraju wyślemy w tym roku rodzinę pana Pawła. Pogrążeni w rozmowie nawet nie zauważyliśmy, że Wróżka dobrnęła do końca kolejnego pokazu. Miała na rozkładzie osiemset zdjęć i nawet nie wyglądała na zmęczoną. Dłonią zakończoną pomalowanymi w tęczę paznokciami wykonała władczy gest i stwierdziła stanowczo:
- Chcę obejrzeć wszystkie zdjęcie jeszcze raz!
- Myślę, że już wystarczy. Proszę udać się do domu i odpocząć – teraz to mój głos obniżył temperaturę w pomieszczeniu, a ja poczułem się jak treser zwierząt zamknięty w klatce z tygrysem.
- Chcę zdjęcia! Już! - wariatka momentalnie straciła panowanie nad sobą.
- Pani w tym momencie idzie do domu odpocząć – głos miałem spokojny niczym zaklinacz węży, ale przeklinałem w duchu obecność klienta, która nie pozwalała mi rozwinąć pełnych żagli i wyostrzyć kursu na kolizyjny.
- Nigdzie nie idę! - to był już wrzask szaleńca. Wróżka wstała nagle z krzesła, złapała z naszej dekoracyjnej kupki kokosów największy okaz i zamierzyła się w moim kierunku. Pan Paweł przerażony zanurkował pod biurko.
- Odłóż to i won! - tym razem huknąłem jak w wojsku.
Poskutkowała. Kokos wypadł wariatce z rąk, a ona sama wybiegła z biura.
- Moja córka chce studiować psychiatrię – Pan Paweł wychylił się z kryjówki – chyba przyślę ją do was, może zmieni zdanie.
- Zapraszam. Jak jej się nie odwidzi może przychodzić na praktyki – mimo buzującej adrenaliny starałem się rozładować napiętą sytuację. schyliłem się po kokosa i kątem oka zobaczyłem stającą w drzwiach Wróżkę. Kolorowym paznokciem wskazała na nasze logo.
- To ma być biuro podróży?! Tu sami wariaci pracują!